ostatnio byliśmy...

Festung Glogau

Sesja WH i FJ

Lubiaż

nasz udział w filmach:


Untitled Document

:: Ekshumacja mogił Estończyków - Karczów 2013

W dniach 2 i 3 lipca dwóch członków naszej grupy wraz ze Stowarzyszeniem Pomost wzięli udział w ekshumacji żołnierzy estońskich należących do 20 Waffen Grenadier Division der SS (estnische Nr. 1). Na mogiłę żołnierzy z tej jednostki natrafił w toku badań nad wyżej wymienioną jednostką członek naszej grupy. Dane pozyskane dzięki uprzejmości The Estonian War Museum i estońskich środowisk historycznych mówiły o 23 żołnierzach pochowanych obok kościoła ewangelickiego w Karczowie. Do dzisiejszych czasów dochowało się13 aktów zgonów spoczywających tam żołnierzy. Dokumenty te pozwoliły ustalić datę zgonu, obrażenia, numer nieśmiertelnika i przynależność do poszczególnych kompanii.

Podczas prac ekshumacyjnych dwurzędowej mogiły natrafiono na pewne utrudnienia w postaci wysokiego poziomu wód gruntowych i niespodzianki. Nie zgadzała się liczba żołnierzy, ponieważ dokumenty mówiły o 23 żołnierzach, a odnaleziono szczątki 33 spoczywających tam ludzi. Przy szczątkach odnaleziono również kilka sztuk nieśmiertelników (głównie z estońskiej jednostki), sygnety z inicjałami, papierośnice, rzeczy osobiste, jak i elementy żołnierskiego wyposażenia.

Większość pochowanych tam estońskich grenadierów zginęła w dniu 25 stycznia 1945 podczas ataku 45 Pułku Grenadierów SS na Karczów, który miał na celu zaryglowanie, a następnie zlikwidowanie rosyjskiego przyczółka w okolicach Niewodnik i Żelaznej. Po zdobyciu przez Estończyków Karczowa, miejscowość ta na 7 tygodni stała się przyfrontowym zapleczem dla żołnierzy z estońskiej dywizji. Oddziały estońskie musiały opuścić ją 12 marca 1945, gdy jednostki Armii Czerwonej przeszły do kontrofensywy.

Walki o Karczów tak wspomina Heino Susi, były radiotelegrafista z 45 Pułku Grenadierów SS:

Karczów był wioską dość dużą i szeroką, Wokół ośnieżone pola. Za wioską znajdował się las, a w nim ukryte rosyjskie pozycje. Rano, nasz batalion był gotowy do ataku. Mimo tego, że maszerowaliśmy przez kilka dni i spaliśmy po kilka godzin. Ale co tam! Skoro sztab pułku wydał rozkaz ataku, to musimy być gotowi. Nasz sztab mało kiedy podejmował pochopne decyzje. Nasz pojedynczy batalion miał przeprowadzić atak na płaskim terenie przy wsparciu artylerii. Dostaliśmy środki przeciwpancerne w postaci Panzerfaustów, Panzerschrecków i min przeciwpancernych w wypadku gdyby Rosjanie włączyli do walki czołgi. Nie mieliśmy obiecanego wsparcia czołgów, ponieważ w ostatnim roku wojny, niemieckie czołgi były na wagę złota, choć przez większość czasu stały w miejscu z braku paliwa. Przydzielone działa zostały ustawione, batalion wyszedł na pozycję, mając przed sobą ośnieżoną przestrzeń. Żołnierze ustawili radiostację dla dowódcy batalionu, który miał na pierwszej linii koordynować natarcie. Kapitan Keravälg miał nacierać z nami, i zdawać relację dowódcy. Mieliśmy mu towarzyszyć ze swoimi radiostacjami.
Nasza artyleria rozpoczęła ostrzał. (Moździerze, haubice, i lekkie działka były precyzyjnie wycelowane w rosyjskie pozycje.)
Natychmiast po kilku wystrzałach pozycję przeciwnika stanęły w ogniu. Rosjanie jednak długo nie próżnowali i również zaczęli się odgryzać. Ku naszym pozycjom dotarł dobrze nam znany ryk "organów Stalina". Padł rozkaz zmiany pozycji. Cały teren został nagle pokryty lejami po pociskach. W powietrzu zaczęły latać odłamki, lód i zamarznięta ziemia. Dużej liczbie żołnierzy przyjdzie zginąć, bardzo dużej liczbie. Skuleni żołnierze biegali tam i z powrotem.
Skądś nagle pojawili się rosyjskie samoloty, które na tle szarego nieba były doskonale widoczne. Były to jednosilnikowe, dobrze opancerzone, latające na wolnych obrotach tzw.: młynki do kawy . Gdzieś wśród nich przemknął niemiecki Focke - Wulf 190. Dowódca batalionu zerwał się na nogi, przeładował swojego Sturmgewehra i zaczął strzelać do pierwszego zbliżającego się samolotu (bardzo wiele broni rodzajów broni nosiło u Niemców przedrostek szturmowy). Sturmgewehr był świetną bronią, ale na pewno nie przeciw opancerzonym latającym celom.
-Ogień przeciwlotniczy ze wszystkich możliwych środków. - krzyknął dowódca.
Mało osób wykonało ten rozkaz, gdyż takie strzelanie ze zwykłych karabinów było bardzo trudne. Grenadierzy przylgnęli do ziemi i oficerowie musieli ich podnosić przy użyciu siły. Mimo piekielnego ognia, główny trzon naszych sił przenosił się w kilku skokach ku ścianie lasu.
Skakałem i czołgałem się przez pole z moim pudłem na plecach. Nagle obok mnie ktoś zaczął krzyczeć. Spojrzałem w tamtą stronę i ujrzałem rannego grenadiera. Zwrócił twarz w moją stronę.
-Pomóż mi, lub chociaż wezwij pomoc! - krzyknął do mnie
Prawa ręka tego człowieka złamana była w nadgarstku i zamiast palców wystawały kikuty. Lewą ręka próbował ją w jakiś sposób poskładać. Nie miałem żadnej wiedzy medycznej, a tym bardziej odnośnie takich ran .
Zawołałem sanitariusza, lecz nikt nie przybiegł. Po pewnym czasie udało mi się zatrzymać dwóch grenadierów. Jeden z nich był przed wojną studentem medycyny. Zanim ich złapałem i doczołgaliśmy się do rannego kolegi, jego ręka wisiała już bezwładnie.
-Zaciśnij i obwiąż. Bandaże!- instruował mnie były student - Uciśnij główne żyły, bo inaczej się nam wykrwawi!
Zacisnąłem tak mocno jak tylko mogłem, a na przedramieniu zacisnąłem trok, aby zatamować krwawienie. (Okazało się później, że ten ranny przeżył wojnę i wyemigrował za granicę).
Jak długo to wszystko trwało, nie mogę z pewnością stwierdzić. Po jakimś czasie przybiegł do nas posłaniec ze sztabu batalionu z informacją, aby nie nadawać żadnych komunikatów przez radiostacje. Komunikacja radiotelegraficzna i telefoniczna przy obecnej sytuacji była niemożliwa, w związku z tym między jednostkami biegali gońcy z meldunkami i rozkazami. Podbiegł do nas następny kurier z rozkazem o powrocie do dowódcy batalionu.
Dotarliśmy do niego.
- Nacierajcie, rozkaz to rozkaz! Jeśli nie przydajecie się na zapleczu, to na głównej szpicy natarcia przydajcie się na coś! Z tymi radiostacjami jest coś nie tak! Mimo to są na wagę złota, więc trzymajcie ich jak najbliżej swojej skóry! -powiedział nam dowódca batalionu.
Skokami i czołganiem wraz z oficerem łączności przebijaliśmy się do zabudowań wioski.
- Czy ty jesteś szalony? Wiesz, że cisza radiowa może zniknąć w każdej chwili i twoje ustrojstwo może być potrzebne w każdej chwili. W Karczowie mamy czekać na dalsze rozkazy. Jeśli coś się będzie działo, to zwracajcie się do mnie, zrozumiano? - zwrócił się do nas ów oficer łączności
-Jawohl, Sturmführer! - krzyknął Tim tak gorliwie, w tym nawet po niemiecku, że na twarzy oficera powstał wyraz zdumienia. Oficer ten był Niemcem skierowanym do naszej dywizji.
Dopiero ledwie co, lewa flanka natarcia dotarła do wsi, dowódca batalionu zarządził powołać pod broń wszystkich ze służby logistycznej.
"Kapitanie Keravälg - każdy żołnierz ma się stawić! Każdy kto nie wykona tego rozkazu stanie pod sądem polowym! Nie ma żadnych wyjątków!", tak brzmiał rozkaz dowódcy batalionu.
Usadowiliśmy się w jednym z domów, mając pod ręką korytarz, aby szybko móc opuścić budynek.
-Kugelblitz się myli - powiedział Tim - stawia do pierwszej bitwy cały batalion. Niemcy nie dali nam żadnego wsparcia. Wystrzelają nas tu!
- On jest na tyle szalony, że wie co robi. Wychodziliśmy dzięki niemu z gorszych tarapatów - stwierdził Rock.
-Jesteśmy teraz ważną częścią operacji. Od naszych nadajników może zależeć w dużej mierze powodzenie ataku. Kugelblitz nikogo nie atakuje bez sensu. Jeśli atakujemy, to wie co robi. Choć czasem jest z niego kawał kutasa, to jednak mu ufam, tak samo jak Keravälgowi. Tak bardzo zależy ci na wsparciu Niemców? Deutschland, Deutschland über, ale tylko ponad swój tyłek, ponad swój tyłek! - wtrąciłem się do dyskusji.
-Tak - Deutschland, Deutschland - ale również nasz batalion - dorzucił Rock
- Tylko, że oni w żaden sposób nam nie pomagają. Mamią nas ciągłymi obietnicami o sprzęcie i wsparciu - odparł Tim.
Fakt, faktem Niemcy coraz częściej nas zostawiali na pastwę losu.
W spiżarni domu w którym przebywaliśmy znajdowało się wszystko: jajka, kompoty, wędzone żeberka i ziemniaki. Zrobiliśmy ogień pod kuchenką i zaczęliśmy piec kromki chleba, topić słoninę i przyrządzać jajecznicę. Tim odkrył, że krowa w stodole jeszcze żyje. Nikt z nas nie potrafił doić krowy, ale po pewnym czasie udało nam się zdobyć mleko.
Kiedy zaczęliśmy jeść, na nasz budynek spadł pocisk moździerzowy. Sufit zadrżał, ale wytrzymał. Dach był do połowy zerwany. Tim stwierdził, że nic nam już nie grozi, bo pociski nie padają dwa razy w to samo miejsce.


Żołnierze I batalionu 46 Pułku Grenadierów SS podczas przerwy w walkach o Narok.

Następnie udaliśmy się na zewnątrz, aby obserwować jak rozgrywają się pewne rzeczy na ulicy. Budynek szkoły, kilka domów od nas, został zaadaptowany na szpital polowy. Tam udzielano pierwszej pomocy rannym, których następnie zabierały ciężarówki. Paki ciężarówek zostały wyłożone słomą. Nie posiadaliśmy noszy, więc ranni byli przenoszeni na celtach i kocach.
Ciężarówki odjeżdżały jedna po drugiej i tak w kółko. Jak długo utrzyma się w ten sposób jeden batalion Estończyków? Może wszyscy zostaniemy rannymi. Albo polegniesz na otwartym polu, albo dopadną cię Rosjanie.
Nagle rozpoczęło się piekło. Za jakie grzechy na świecie, piekło rozpoczyna się zawsze wtedy, gdy żołnierz siada do posiłku? Wszyscy zaczęli szukać schronienia wewnątrz budynków, aby uniknąć ostrzału artyleryjskiego. Ten, kto za długo pozostawał na zewnątrz zostawał ranny.. Wsparcie czołgów jednak przybyło. Przejechały z głośnym rykiem przez wieś i zaczęły się kierować ku pozycjom rosyjskim.
Jeden z grenadierów zmierzając do punktu opatrunkowego zaczął kuśtykać między czołgami. Najwyraźniej został poważnie ranny w lewą nogę, gdyż krew obficie sączyła się przez mundur i prowizoryczny opatrunek . Nagle poślizgnął się i wpadł pod gąsienice naszego czołgu. Ciało zostało całkowicie zgniecione. Nie dało mu się pomóc. Mimo to wciąż była potrzebna pomoc innym, wciąż żyjącym rannym. Sanitariusze odsyłali już na tyły żołnierzy, którzy nie potrafili chodzić albo w inny bardzo poważny sposób zostali wyłączeni z walki. Pomogli uratować wiele żołnierskich istnień!
Po południu stało się jasne, że atak został zatrzymany. Nasze siły były coraz bardziej skąpe, aby móc osiągnąć główny cel natarcia.
-Jeśli Ivan wprowadzi jakieś rezerwy to wszystko się zawali - powiedział do nas jeden podoficer holując rannego za sobą - Nasza linia frontu jest, kurwa, za długa i za cienka. Długo tak nie zabawimy...
Zanim wszystko się zawaliło nadeszła pomoc. Pułkownik Rebane przybył wraz ze swoimi przednimi jednostkami, aby wesprzeć i przejąć pozycję naszego śmiertelnie zmęczonego batalionu. Żołnierze z 46 Pułku byli zmęczeni szybkim marszem, ale mimo to mieli świetny humor i wręcz rwali się do walki. Nasi żołnierze wyglądali przy nich mizernie.
Przekradali się wzdłuż domów, wzajemnie się ubezpieczając w obawie przed zasadzką Rosjan. Zajęli czołowe pozycje przed lasem. Mimo tego szczęścia jakim było wsparcie bratniego pułku, walka o tą wieś kosztowała nas wielu zabitych i rannych.
Wieczorem wszędzie było cicho. Obwarowaliśmy się w zajętym przez nas domu. To był długi dzień. Rano stary niemiecki zegarmistrz nazywał nas "przeklętymi sojapikendajateks". Wieczorem zaczęliśmy spisywać straty, wyglądało to źle, ale dopiero rankiem przekonaliśmy się ilu z nas naprawdę jest w stanie nosić broń.
Do naszej chaty zostało przydzielonych kilku oficerów ze sztabu Rebane. Byli zmęczeni i wyczerpani, ale humor im dopisywał.
-Wiesz, prawie musieliśmy wyskakiwać z jadącego pociągu, aby tu dotrzeć - powiedział jeden z młodych oficerów nie przerywając czyszczenia pistoletu. - Ale za to macie wsparcie we właściwym czasie!
To nie była wojna. To była walka o supremację, którą widzieliśmy już tak wiele razy. Taka jest wojna. Wojna to nie piknik.

Ekshumacja w Karczowie nie była pierwszą ekshumacją żołnierzy estońskich poległych we walkach pod Opolem w 1945 roku. W zeszłym roku członek naszej grupy przeprowadził wraz ze Stowarzyszeniem Pomost dwie ekshumacje. W Ciepielowicach w dawnym parku pałacowym ekshumowano szczątki 37 żołnierzy niemieckich i estońskich. Na cmentarzu w Nowej Jamce ekshumowano z nieoznakowanej mogiły 9 Estończyków. Wszyscy zostaną pochowani na cmentarzu żołnierzy niemieckich w Nadolicach Wielkich pod Wrocławiem.
W przyszłości są planowane kolejne ekshumacje, ponieważ są dostępne informacje o jeszcze kilku zapomnianych mogiłach Estończyków.
Zwracamy się również w imieniu Stowarzyszenia Pomost z apelem dotyczącym nieoznakowanych i zapomnianych mogił żołnierzy niemieckich na terenie Polski. Jeśli ktoś z Was jest w posiadaniu informacji o takowej mogile może ją zgłosić bezpośrednio na stronie Stowarzyszenia Pomost.

opracował: Jacek Cielecki

powrót

Celem niniejszej witryny internetowej jest tylko i wyłącznie prezentacja działalności Stowarzyszenia Grupa Rekonstrukcji Historycznej Festung Breslau. Witryna ta w żadnym wypadku nie ma na celu propagowania ideologii totalitarnych i w żaden sposób nie jest związana z przekonaniami członków ww. Stowarzyszenia. Przedmioty zawierające symbole ustrojów totalitarnych, prezentowane na niniejszej witrynie, mają jedynie wartość historyczną, dokumentacyjną i poznawczą.

artykuły:


Niespokojna emerytura


Sto Gram


Radar i sowieckie myśliwce nocne


Fotografia wojenna


Francuzi w WH i SS


Deutsche Feldpost


Jednostki turkiestańskie w WH i SS


Prasa w Breslau

życie grupy: